Historia informatyki cz.6: przeszłość, współczesność, przyszłość i nasze podwórko

Nasza czterystuletnia podróż po meandrach historii IT powoli dobiega końca. Jesteśmy już w „teraźniejszości”. Trudno opisać barwnie ten okres bo przecież „koń jaki jest, każdy widzi”. Niemniej jednak, spróbuję poruszyć parę spraw, które być może umknęły nam z pola widzenia, wcielę się w rolę wróża i powiem co nieco o przyszłości. Ponarzekam też na nasze rodzime podwórko, ale nie w taki sposób do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni. Moje narzekanie będzie skierowane do historii, która tak wiele nam dała ale również sporo zabrała.

Jako, że jest to już ostatni odcinek tego cyklu przypomnijmy chronologicznie wszystkie części:

Historia informatyki cz.1: wspiąć się na ramiona olbrzymów

Historia informatyki cz.2: bit i para

Historia informatyki cz.3: początki rewolucji

Historia informatyki cz.4: viva la revolución czyli wolność, tranzystor i krzem

Historia informatyki cz.5: o czym rozmawiają komputery

Lata dziewięćdziesiąte dwudziestego wieku to wejście smoka pod strzechy, bo tak można porównać gwałtowną ekspansję technologii informatycznych, które stały się dostępne niemal dla każdego śmiertelnika. Technologie te zdobyły niemal każdy obszar naszej działalności włączając rozrywkę, gry video, filmy, muzykę, e-commerce. Dla przykładu, wtedy zaczęły powstawać gry komputerowe, które miały niemal wszystkie cechy dzisiejszych superprodukcji i szybko osiągnęły status kultowych.

Gra Duke Nukem 3D wydana w 1996

W latach dwutysięcznych nastąpił gwałtowny rozwój sieci społecznościowych, co pozwoliło wielu firmom rozwinąć się do niebotycznych rozmiarów w czasie zaledwie kilku lat.

W tym samym czasie pojawiło się urządzenie, które można określić jako szczytowe osiągnięcie naszej cywilizacji. Może się to wydawać zaskakujące, ale chodzi oczywiście o smartfon.

Popularny i niedrogi smartfon firmy Samsung

Smartfony opanowały cały świat w zaledwie kilka lat. Stały się tak popularne, że ich obecność to oczywista sprawa na całym świecie. Więc o co chodzi z tym szczytowym osiągnięciem? Czyżby wysłanie człowieka na Księżyc bądź wyprodukowanie bomby atomowej były mniejszymi osiągnięciami? Zapewne najbardziej zaawansowana technologia jest trzymana pod kluczem w centrach wojskowych i nie jest to smartfon, bądź super-smartfon…

Otóż istnieje kilka zaskakujących faktów, które zestawione razem dają niesamowity obraz tego niepozornego urządzenia. Zacznijmy od technicznej strony tego wynalazku.

Dzisiejszy smartfon posiada moc obliczeniową o jakiej można by pomarzyć kilka dekad temu. Jest to superkomputer późnych lat dziewięćdziesiątych, zasilany z baterii i mieszczący się w dłoni. Mało tego, zwykle posiada cyfrowy aparat fotograficzny o jakości zdjęć przewyższającej wiele, nie tak starych, cyfrowych aparatów fotograficznych. Rozdzielczość ekranu to często 1920 x 1080 i więcej. Coś co w latach dziewięćdziesiątych było całkowicie poza zasięgiem ówczesnej technologii. Oczywiście o surfowaniu po stronach internetowych nie wspominam. Dodatkowo mamy masę sensorów i odbiornik GPS. Małe cudo techniki. Nie byłoby to jednak specjalnie interesujące, gdyby takie urządzenie leżało gdzieś w ukrytych laboratoriach wojskowych, ale takie urządzenie leży najczęściej w naszej ręce. Jest dostępne dla każdego (no prawie każdego) na świecie. Mój znajomy z Urugwaju wspominał, że w jego kraju możesz być bezdomny, ale nie ma możliwości nie mieć smartfona.

Jest to bardzo skomplikowane urządzenie pod względem elektroniki użytej do jego budowy jak i pod względem oprogramowania sterującego smartfonem. A jednak udało się zredukować koszty produkcji na tyle, aby można było sprzedawać smartfony w relatywnie niskiej cenie. Można się łudzić, że skoro to takie tanie w produkcji to pewnie takie ustrojstwa można tłuc w każdej budzie u przysłowiowego Janusza. Niestety nie, istnieje tylko kilka krajów mających potencjał technologiczny do stworzenia smartfona od zera, czyli nie importując ani jednej części z innego kraju. Są to Chiny, Japonia, Korea Południowa, być może Taiwan i Stany Zjednoczone. Widać, że rynek jest zdominowany przez kraje azjatyckie, i to takie, które jeszcze 40-50 lat temu uchodziły za najbiedniejsze na świecie.

Stany Zjednoczone, niegdyś niekwestionowany lider w elektronice, teraz muszą dzielić podium z azjatyckimi gigantami, i nie jest pewne czy nadal są na tym podium. Głosy są podzielone ale część amerykańskich analityków przyznaje, że Chiny zdobyły palmę pierwszeństwa w wyścigu technologicznym i, co gorsza, dystans się cały czas powiększa na niekorzyść USA. Żyjemy w ciekawych czasach…

Jaka będzie przyszłość? Tego nikt oczywiście nie wie. Z jednej strony zaawansowanie technologiczne cały czas się pogłębia, a z drugiej strony widoczne jest pewne spowolnienie w rozwoju. Udoskonalamy istniejące technologie, ale ciągle brakuje kolejnego przełomu jak na przykład komputery kwantowe. Pokładaliśmy spore nadzieje w samochodach autonomicznych, ale już teraz wiemy, że problem jest o wiele bardziej złożony niż przypuszczaliśmy jeszcze dziesięć lat temu. Część firm wręcz zarzuciła badania na tym polu. Co z rzeczywistością wirtualną? Podobny scenariusz, owszem jest, owszem są poważne zastosowania, ale zapowiadanej rewolucji nie ma. Podobnie sprawa wygląda z blockchain, o czym pisałem jakiś czas temu. Może IoT? W brew temu co mówią influenserzy IoT to nic innego jak obecne technologie w nowych zastosowaniach. A więc co nas czeka w najbliższych dekadach? Zapewne nic. Nic co miało by znamiona rewolucji na miarę wynalezienia tranzystora. Ale mam nadzieję, że się mylę. Przecież przełomowych wynalazków nie da się od tak przewidzieć.

Dyskusja obraca się wokół Stanów Zjednoczonych i krajów azjatyckich. A co z Europą? Przecież kontynent ten miał nie lada wpływ na rozwój informatyki. No właśnie, miał ale już nie ma. Europa całkowicie wypadła z gry, kontynent ten można porównać do coraz bardziej ubogiej magnaterii, która w XVIII wieku powołując się na dokonania rzekomych przodków i swoje przywileje próbowała odgrywać jeszcze jakąś rolę w społeczeństwie. Niestety nie umiejąc odnaleźć się w nowych okolicznościach i wyzbyć staroświeckich, zgniłych zwyczajów magnateria została zmieciona z powierzchni ziemi przez różne rewolucje. I tak jest z Europą dzisiaj, która przeżywa dekadencję i cierpi na degrengoladę. A jeszcze nie tak dawno temu nie zanosiło się na to. W okresie międzywojennym mieliśmy słynną szkołę lwowską, kuźnię gigantów matematyki. I nie chodzi tu o szkołę w sensie fizycznym, a pewien unikatowy styl uprawiania matematyki, rozpoznany i doceniony na całym świecie.

Ilustracja
Stefan Banach, współtwórca szkoły lwowskiej i jej najjaśniejsza gwiazda. Jeden z największych matematyków wszech czasów.

Do zaszczytnego grona tej szkoły należeli między innymi Stefan Banach, Hugo Steinhaus czy Stanisław Ulam. A to tylko niektórzy. Warto wspomnieć, że Stefan Banach to prawdziwa supergwiazda matematyki, twórca słynnej przestrzeni Banacha, twierdzenia Banacha o kontrakcji, twierdzenia Banacha-Steinhausa, twierdzenia Hahna-Banacha, paradoksu Banacha-Tarskiego, a to tylko kilka z jego wielu osiągnięć mających kapitalne znaczenie w matematyce! A już jedno takie twierdzenie wystarczy aby zdobyć światową sławę. Czapki z głów! Druga wojna światowa całkowicie rozbiła matematyczną szkołę lwowską, spora część naukowców została zamordowana przez okupantów. Były też inne szkoły matematyczne jak krakowska czy warszawska, które również ucierpiały w tym czasie. Mieć jedną szkołę matematyczną to był wyczyn, my w tym czasie mieliśmy ich aż trzy. Rozszyfrowaliśmy szyfr Enigmy a to za sprawą trzech matematyków: Mariana Rejewskiego, Jerzego Różyckiego i Henryka Zygalskiego. To oczywiście tylko niektóre przykłady pokazujące jak potężny potencjał drzemał w naszych naukowcach. Pamiętajmy, że matematyka jest mocno spokrewniona z informatyką. Kto wie, czy gdyby losy wojny potoczyły się inaczej i Polska by zwyciężyła to nie bylibyśmy dziś krajem wymienianym obok USA, Chin, Japonii i Korei Południowej w kontekście osiągnięć technologicznych. Ale stało się inaczej, na pocieszenie dodam, że spuścizna wielkich przodków została, co widać po osiągnięciach polskich informatyków na arenie międzynarodowej. Jesteśmy w ścisłej czołówce jeśli chodzi o informatykę. Stąd też tak wielkie zainteresowanie firm z kapitałem zachodnim naszymi informatykami.

I tym nieco słodko-kwaśnym komentarzem do sytuacji na naszym podwórku dobiegliśmy do końca historii informatyki. Mam nadzieję, że cykl się spodobał 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *